Nie ma chyba
osoby, która nigdy nie słyszałaby o Drakuli. Ojciec wampirów przewija się w
popkulturzy już od dziesięcioleci, dając inspirację kolejnym twórcom do
kreowania nowych historii o krwiopijcach. Z czasem jednak klasyczny obraz
wampira jako krwiożerczej bestii zatarł się, a jego miejsce zajęły bożyszcza
nastolatek. Niemniej od jakiegoś czasu zarówno w literaturze jak i
kinematografii powoli wraca się do pierwowzoru postaci, co bardzo mnie cieszy.
Już od dawna miałam ochotę na przeczytanie czegoś klasycznego o wampirach i
właśnie dlatego, postanowiłam sięgnąć po „Dracula” autorstwa J. D. Barkera oraz
Dacre’a Stokera.
Dzięki notatkom i zapiskom bohatera cofamy się w czasie do dzieciństwa Brama Stokera, który pierwsze dni swojego życia spędził, walcząc o zdrowie. Choroba niemal zabrała go z tego świata, jednak na ratunek przyszła mu Ellen Crone. Dwadzieścia lat później młody mężczyzna stoi w opuszczonej wieży uzbrojony w krucyfiks, wodę święconą i strzelbę, modląc się o przetrwania najdłuższej i zdecydowanie najcięższej nocy w swoim życiu. Czego świadkiem stał się Bram i co usilnie próbuje udowodnić? Czy tajemnicza opiekunka z przeszłości miała coś wspólnego z szeregiem dziwnych zbrodni?

