Strony

piątek, 30 sierpnia 2019

[143] "Save us" - Mona Kasten




Mona Kasten to jedna z moich ulubionych pisarek powieści młodzieżowych. Ostatnio miałam okazję zapoznać się z jej nowym cyklem zatytułowanym „Maxton Hall” i dziś mam ogromną przyjemność opowiedzieć Wam o jego finale. „Save us”, bo o tej książce mowa, kończy przygodę Jamesa i Ruby. Czy będę tęsknić za jego bohaterami?


Ruby została zawierzona w prawach ucznia Maxton Hall, a jej przyszłość w Oxfordzie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Na dodatek sprawcą całego zamieszania okazuje się jej chłopak – James – któremu w końcu dziewczyna zaufała. Spadkobierca fortuny Beaufortów ma jednak także swoje problemy. Ciąża jego siostry wyszła na światło dzienne i ojciec wyrzucił swoją córkę z domu. Czy para poradzi sobie z takimi problemami? Czy uda im się przetrwać? A może w końcu uświadomią sobie, że pochodzą z dwóch różnych światów, które nie mają prawa się połączyć?

Tak jak do tej pory narracja w książce prowadzona jest przez kilka osób, jednak to grono w ostatnim tomie poszerzyło się. Dzięki temu mamy poszerzone pole widzenia i lepiej rozumiemy poszczególnych bohaterów i ich uczucia. Nowymi narratorami są Graham i Alistair. Muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę, bo właśnie relacji tych postaci cały czas mi brakowało. Cieszę się, że autorka dała im głos i nieco żałuję, że nie nastąpiło to wcześniej. Są to bowiem bardzo ciekawi bohaterowie, o których przyjemnie się czytało.

Nie miałam jeszcze okazji zaobserwować, jak Mona Kasten kończy swoje serie. To mój pierwszy jej finał i musze przyznać, że nieco się zawiodłam. Pisarka moim zdaniem otworzyła zbyt wiele wątków i potem zabrakło jej czasu, żeby je rozwinąć. Przez to bardzo często miałam wrażenie, że ich zakończenie następowało zbyt szybko i nagle. Do tego brakowało mi trochę realności, gdyż bohaterowie niby co jakiś czas napotykali trudności, ale bardzo szybko się ich pozbywali. Za szybko. No i zakończenie według mnie było zbyt sielankowe i różowe, co też niezbyt mi się spodobało. Lubię mocne końcówki, z przytupem, które zapadają na długo w pamięć. Ta niestety taka nie była.

Autorka w tym tomie bardzo przyspieszyła z akcją powieści. Czytelnik nie może dzięki temu narzekać na nudę, niestety prawdę mówiąc, czasami tempo było wręcz przytłaczające. Mona Kasten zbyt wiele chciaa czytelnikowi przekazać, przez co miał miejsce natłok wydarzeń, co nie do końca wyszło powieści na dobre. Niemniej styl i język autorki pozostał taki sam, czyli prosty i przyjemny, dzięki czemu powieść czytało się szybko i z lekkością. Nieco rekompensowało to szaloną akcję, pędzącą ile sił w płucach.

„Save us” porusza wiele ważnych kwestii, które bardzo łatwo w codziennym życiu możemy zbagatelizować, dopóki nie dosięgną nas samych. Opowiada o tym, jak chęć zysku czy strach przed skandalem i popsutą reputacją może wpłynąć na sytuację rodzinną. Pokazuje do czego prowadzi niezgoda i brak wsparcia w rodzinie. Uświadamia też, jaką władzę daje pieniądz i jak łatwo pomówieniem można zniszczyć ludzkie życie. Porusza także kwestie szkolnych problemów, z którymi dzieci i młodzież spotykają się każdego dnia.

„Maxton Hall” to seria pełna emocji. Wywołuje w czytelniku całą gamę uczuć od wzruszenia po złość czy strach. Perypetie bohaterów wciągają i jednocześnie uświadamiają, jak ważne w życiu jest wsparcie, zaufanie i miłość. Seria porusza wiele problemów, z których często nawet nie zdajemy sobie sprawy. Mimo że „Save us” wypadło w zestawieniu z pozostałymi częściami słabo, cieszę się, że trafiło w moje ręce i miałam okazję je poznać. Mam nadzieję, że i Wy skusicie się na tę serię autorki i również będziecie się dobrze bawić.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Sara

[142] "Onyx&Ivory" - Mindee Arnett




„Onyx&Ivory” to powieść, która w sumie niewiele wnosi do literatury fantasy, bowiem nie ma w niej wiele oryginalnych pomysłów. Jest raczej stworzona na podstawie tego, co już było. Czy tego typu historia może mimo wszystko być interesująca i wciągać czytelnika na tyle, by się w niej zakochać już od pierwszych stron?

Kate nazywana jest zdrajczynią, mimo że nigdy nie dopuściła się żadnej zdrady. Miał ją jednak na sumieniu jej ojciec – niedoszły królobójca – a dziewczyna odziedziczyła ten przydomek po nim. Od tego czasu wiedzie życie królewskiego kuriera, co wbrew pozorom jest szalenie niebezpieczną profesją. Musi bowiem swoje podróże zaplanować tak, by nocą skryć się w bezpiecznych murach jakiegoś miasta lub twierdzy posiadających magiczne bariery. Inaczej jest to więcej niż pewne, że w nocy napadnie i rozszarpie ją na kawałki stado nocnych goźdźców – potworów, które strasznie ciężko jest zabić. Dziewczyna jest jednak szalenie dobra w tym, co robi, dzięki czemu praktycznie zawsze w porę znajduje schronienie. Pewnego dnia napotyka jednak zaatakowaną karawanę, rozniesioną w pył przez istoty podobne do nocnych goźdźców. Kate jednak nie wierzy własnym oczom, gdyż tym stworzeniom najwyraźniej nie przeszkadza dzienne słońce. Na domiar złego zaatakowana karawana należała do następcy tronu – Corwina, który jako jedyny wyszedł z masakry żywy. W dziewczynie odżywają dawne uczucia i nie wszystkie są pozytywne. Czym zaowocuje spotkanie po latach? Skąd wzięły się dzienne goźdźce i jak sobie z nimi poradzić?

Jak już wspomniałam, książka raczej nie wnosi do gatunku niczego nowego. Mamy tutaj bowiem bardzo dużo schematów i znanych nam motywów: uczucie do księcia, zbrodnia popełniona lata temu, ukryte zdolności zakazane przez króla. Mindee Arnett bierze to jednak i tworzy z tego bardzo ciekawą całość, która jest w stanie zaciekawić czytelnika. Jeżeli  ktoś lubi takie motywy i nie przeszkadza mu ich powtarzalność (taką osobą jestem na przykład ja) to z całą pewnością, będzie się przy tej pozycji bardzo dobrze bawił. Natomiast ci, którzy szukają oryginalności mogą się nieco tą powieścią zawieźć.

Jest tutaj jednak trochę inicjatyw autorki. Na przykład relacja bohaterów – księcia i córki zdrajcy – wcale nie jest taka oklepana. Pierwszą nowością jest tutaj to, że bohaterowie już wcześniej się znali i przyjaźnili ze sobą. Między nich wkradło się nawet coś więcej, jednak nie miało szansy się rozwinąć. Ponadto nie wszystkie uczucia, jakie do siebie żywią, są pozytywne. I tutaj też jest kolejna nowość, bo zazwyczaj bohaterowie się nie cierpią dla zasady, bo większość pisarzy kocha powiedzenie „od nienawiści do miłości jedne krok”. Tutaj jednak konflikt między postaciami jest bardzo realny i uzasadniony. Zaczął się już lata temu i do tej pory bohaterowie, a szczególnie Kate, wypełnieni są żalem. Ponadto, jak można się tego spodziewać, dawne uczucia zaczęły na nowo się w nich rozwijać i to też w sposób bardzo naturalny i realny, co nieco mnie zaskoczyło. Już dawno nie czytałam o tak gładko rozwijającej się więzi między postaciami.

Akcja książki jest niesamowicie dynamiczna, dzięki czemu powieść nie przynudza mimo znanych już nam bardzo dobrze schematów. Ponadto fabuła „Onyxa&Ivory” należy do jednych z najbardziej rozbudowanych. Mamy tu wiele postaci wprowadzających bardzo dużo do całej historii. Poza tym świat przedstawiony wykreowany jest z dużą dokładnością i dbałością o szczegóły, przez co możemy się poczuć, jakbyśmy rzeczywiście do niego trafili.

W książce jest wiele wątków i nie wszystkie zostały rozwinięte, co daje autorce duże pole do popisu przy kolejnej powieści. Osobiście nie mogę doczekać się kontynuacji, gdyż świat Kate wciągnął mnie i bardzo zainteresował. Pomimo braku oryginalności uważam, że warto zapoznać się z tą książką, więc z całego serca Wam ją polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
Sara

[141] "Zły król" - Holly Black




„Okrutny książę” to książka, która bardzo mi się spodobała i wciągnęła mnie do swojego świata. Niestety pod względem warsztatowym powieść pozostawia wiele do życzenia, co nieco psuło radość z lektury. Niemniej postanowiłam się nie zrażać i sięgnęłam po „Złego króla”, czyli kontynuację wyżej wspomnianej pozycji. Czy powieść stoi na wyższym poziomie niż jej poprzedniczka?

Zdobycie władzy jest trudne, jednak trudniejsze jest jej utrzymanie. Na tronie Najwyższego Króla zasiada Cardan, a Jude zostaje szarą eminencją. Dziewczyna robi wszystko, by nowo koronowany władca utrzymał swoją pozycję, jednak on wcale nie ułatwia jej tego zadania. Dzień spędza na przeróżnego typu rozrywkach, a na domiar złego nie przegapia żadnej okazji, by upokorzyć swoją doradczynię i wystawić ją na pośmiewisko. Jude powoli ma tego dość, jednak jej determinacja nie słabnie. Stawką w tej grze jest bowiem życie jej przyszywanego brata i dziedzica tronu – Dęba. Czy młodej kobiecie uda się uchronić królestwo przed katastrofą i poskromić niesfornego króla?

Muszę przyznać, że już na samym początku doznałam szoku. Molly Black totalnie zaskoczyła mnie stylem i językiem powieści, które w końcu są takie, jakie powinny być. Czy zasługę za to należy przypisać autorce czy porządnej korekcie – nie mam pojęcia, ale naprawdę byłam tym mile zaskoczona. Co prawda czasami zdarzyło się jeszcze jakieś niedociągnięcie, ale nie było ono na tyle istotne, by przeszkadzało w lekturze.

Koncept powieści też nieco się zmienił. Autorka skupiła się w tym tomie bardziej na tworzeniu i rozwijaniu intryg oraz prezentacji bohaterów. Akcja powieści wydaje się przez to nieco mniej dynamiczna, ale z całą pewnością nie stała się przez to nudna. Nadal jest bardzo wciągająca, a rozwinięty świat dworskich intryg cudownie dopełnił całą historię.

Bohaterowie dojrzewają i rozwijają się wraz z opowieścią. Możemy obserwować zmiany, jakie u niektórych się pojawiły. Na przykład Jude z walecznej, aczkolwiek mało znaczącej osoby przeistoczyła się w szarą eminencję władającą całym królestwem. Dzięki temu mogliśmy zaobserwować także jej drugą stronę. Dziewczyna wcześniej wydawała się szczera i pozbawiona fałszu. Co prawda z biegiem czasu to się zmieniało, jednak tutaj w drugim tomie możemy zaobserwować jej pełną przemianę w kogoś, kto zrobi wszystko, by zabezpieczyć swoją i cudzą pozycję. Taka odsłona Jude chyba nawet bardziej mi się podobała. Jej manipulacje były naprawdę bardzo interesujące, a ich skutki trudne do przewidzenia, dzięki czemu książka stawała się jeszcze bardziej wciągająca. Cardan natomiast stał się jeszcze gorszy niż był. W pewnym stopniu zachowywał się tak a nie inaczej, by zdenerwować i ukarać Jude za podstęp, przez który musiał zasiąść na tronie. Młodzieniec skrywa w sobie wiele gniewu i niechęci, a także sam siebie nie uważa za dobrego kandydata na króla i robi wszystko, by inni też tak uważali. Jude natomiast cały czas za nim biega i po nim sprząta, co czasami było bardzo zabawne. Jednak na największą uwagę zasługuje relacja, jaka między nimi jest. Należy ona do bardzo skomplikowanych i opiera się na wzajemnym podstawianiem sobie nóg i irytowaniem się, jednak wkrada się do niej także fascynacja sobą nawzajem. Bohaterowie różnią się niesamowicie, ale mimo to cały czas coś ich do siebie ciągnie i wcale nie jest to oklepane, romantyczne uczucie, jak mogłoby się wydawać. Ich więź wcale nie jest taka oczywista, co niesamowicie mi się podobało.

Na dużą uwagę zasługuje zakończenie tomu. Jest ono bowiem niesamowicie zaskakujące i nawet mnie wprawiło w osłupienie, co wcale nie jest takie proste. Sprawiło, że jeszcze bardziej nie mogę doczekać się kontynuacji i mam nadzieję, że szybko się pojawi na polskim rynku wydawniczym.

„Zły król” pod wieloma względami jest dużo lepszy niż „Okrutny książę”. Nieścisłości fabularne praktycznie nie występują, a jeśli się pojawiają, to bez problemu da się je zignorować, bo są mało znaczące. Przez całą powieść utrzymany jest taki sam styl, a i język uległ dużej zmianie i stał się o wiele przyjemniejszy. Jeśli kolejna część okaże się jeszcze lepsza niż ta, to autorka naprawdę zasłuży sobie na mój ogromny podziw.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Sara

[140] "Okrutny książę" - Holly Black




Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, w której główną rolę grały elfy. Świat tych istot zazwyczaj w fantastyce traktowany jest epizodycznie, pobocznie. Między innymi dlatego tak bardzo zaintrygowała mnie powieść Holly Black – „Okrutny książę”. Cała historia osadzona jest bowiem w świecie elfów i to one odgrywają tutaj największą rolę. Wydawało mi się to czymś oryginalnym, więc nie zastanawiałam się długo i sięgnęłam po książkę. Czy był to dobry wybór?




Elfy nie potrafią kłamać, a złożona przez nich obietnica obowiązuje na wieki. Matka Jude była jednak śmiertelniczką i kiedy postanowiła upozorować śmierć swoją i Vivi oraz uciec z kochankiem do krainy swoich pobratymców, nic nie mogło ją powstrzymać. Kilka lat później jej sekret wyszedł jednak na jaw i ich dom nawiedził były mąż kobiety – Madok. Elf w kilka chwil osierocił Jude i jej siostry, a dziewczynki zabrał do Elysium. Od tamtej pory miały wychowywać się jak inne elfie dzieci, mimo że bliźniaczki były śmiertelniczkami. Przez swoje pochodzenie narażone były więc na ciągłe szykanowanie ze strony rówieśników. Szczególnie okrutny pod tym względem był Cardan – najmłodszy z potomków Najwyższego Króla. Jude nie ma jednak zamiaru ulec chłopakowi i robi wszystko, by utrzeć elfom nosa, co zazwyczaj nie kończy się dla niej dobrze. Czy okaże się wystarczająco silna i wytrwała, by osiągnąć to, o czym tak marzy?

Czytałam przeróżne opinie na temat „Okrutnego księcia” i wiele z nich było bardzo skrajnych. Jedni zakochiwali się w tej powieści, inni natomiast wyliczali jej wady i twierdzili, że po drugi tom nie sięgną. Do której grupy należę? Raczej skłaniałabym się do tej pierwszej, bowiem powieść naprawdę mnie wciągnęła i nie mogłam doczekać się, aż w moje ręce wpadnie jej kontynuacja. Pozycja ta ma jednak kilka minusów i nie da się temu zaprzeczyć. Po pierwsze język powieści, szczególnie na początku, jest dość koślawy. Miałam wrażenie, że czytam powieść debiutującego pisarza, który dopiero co rozpoczął swoją przygodę z pisaniem. Nie mam pojęcia, czy taki właśnie styl miała autorka, czy winę za to ponosi polskie tłumaczenie, ale niesamowicie mi to przeszkadzało. Dopiero później, kiedy wciągnęła mnie fabuła, przestałam zwracać na to uwagę i po jakimś czasie język powieści uległ wygładzeniu. Może nie był taki, jak bym tego chciała, ale też nie wydawał się szczególnie denerwujący. Po drugie początek książki niezbyt mi się spodobał pod względem fabularnym. Do domu przybywa elf, zabija rodziców za zdradę, ale dzieci zabiera ze sobą, bo czuje się za nie odpowiedzialny i wychowuje je jak własne? Troszeczkę to naciągane. O ile rozumiem jego stosunek do Vivi – jego córki, to naprawdę nie pojmuję tego, jak mógł zaakceptować dzieci mężczyzny, dla którego zostawiła go żona. Nie chodzi nawet o to, że to niemożliwe, bo jestem w stanie uwierzyć, że są ludzie zdolni do tego. Jednak ciężko mi na słowo wierzyć, że zaakceptował córki swojego rywala bez mrugnięcia oka. Przydałoby się tutaj jakieś uzasadnienie, chociaż wzmianka o początkowym dystansie mężczyzny – czymkolwiek. Tutaj niestety tego zabrakło, przez co ten wątek wydawał mi się mało realny. To samo też można zarzucić bliźniaczkom, które były świadkami masakry, a mimo to pokochały mordercę swoich rodziców. Tutaj co prawda pojawiła się wzmianka, że Jude uczyniła to, bo zepchnęła na tył swojej świadomości ten fakt, ale to też jest dla mnie mało wiarygodne. Gdyby jeszcze Madok był postacią życzliwą i okazywał im dużo serca, ale nie – elf jest niesamowicie okrutny i nie okazuje zbyt wielkiego uczucia praktycznie nikomu. Później również pojawiło się kilka nieścisłości fabularnych tego typu, ale akcja i ciekawa historia zaćmiła je do tego stopnia, że nie rzucały się zbytnio w oczy i można je było autorce wybaczyć.

Sam pomysł na fabułę okazał się bardzo ciekawy i oryginalny. Świat wykreowany przez autorkę jest jednocześnie bajkowy i brutalny. Takie zestawienie daje nam niesamowicie ciekawy efekt. Ponadto Elysium to kraina pełna intryg i zagadek. Tutaj prawie nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Każdy ma swoje sekrety i plany, prowadzi własne manipulacje i po prostu w mistrzowski sposób wprowadza innych bohaterów i czytelnika w błąd. Bez wątpienia fascynującym można nazwać fakt, że elfy nie mogą kłamać, a mimo to tak wiele intryg udało im się stworzyć.

Bohaterowie również są cudowni. Każdy bowiem ma swój charakter i sposób bycia. Szczególnie Jude została świetnie wykreowana. Jest to niesamowicie silna i zdeterminowana osoba, która zdaje sobie sprawę z beznadziejności swojej pozycji, a mimo to walczy o swoje. Nie ma praktycznie szans na to, by jako śmiertelniczka znaleźć sobie miejsce na dworze, ale robi wszystko, by to zmienić. Naprawdę podziwiam jej determinację i siłę ducha. Ponadto autorka o dziwo nie zrobiła z niej Mary Sue. Dziewczyna wiele razy upada i ma chwile zwątpienia, jednak jej wewnętrzna siła pcha ją zawsze do przodu. Jest niesamowicie realną postacią, co bardzo mi się spodobało. Moją ulubionym bohaterem stał się jednak Madok. Jego charakter był wprost powalający. Mężczyzna jest szorstki w obyciu, bezwzględny i niebezpieczny. I co najważniejsze - wcale nie próbuje tego ukryć. Jest wręcz z tego dumny. To twardo stąpająca po ziemi postać, która uważa, że o wszystko w życiu należy walczyć. Jest lojalny tylko sobie i swojej rodzinie, przez co jest w stanie zrobić wiele, by ją ochronić. Jednak jednocześnie ani chwili nie waha się, by ją wykorzystać do swoich celów. To wbrew pozorom złożona postać i bardzo ciekawa.

„Okrutny książę” ma bardzo ciekawą fabułę i postacie. Styl i język powieści nie zawsze są płynne i przyjemne, jednak historia całkowicie nam to rekompensuje. Z wielką ochotą sięgnę po kolejny tom, by poznać dalsze losy bohaterów. Mam jednak cichą nadzieję, że „Zły król” okaże się nieco lepszy pod względem warsztatowym niż jego poprzednik. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
Sara

środa, 28 sierpnia 2019

[139] "First last kiss" - Bianca Iosivoni




„First last look” to książka, która sprawiła, że zakochałam się w twórczości Bianci Iosivoni. Nie zastanawiałam się więc nawet nad tym, czy sięgnąć po kolejny tom i po prostu to zrobiłam. Już na samym początku zostałam zaskoczona, gdyż okazało się, że „First last kiss” opowiada perypetie innych bohaterów niż jego poprzednia część. Początkowo byłam więc lekko zawiedziona tym, że powieść nie okazała się bezpośrednią kontynuacją poprzedniej. Postanowiłam dać jej jednak szansę.

Elle i Luce od zawsze byli przyjaciółmi i nikim poza tym. Nigdy też nie chcieli tego stanu rzeczy zmieniać. Ich przyjaciele natomiast od dłuższego czasu zakładali się, kiedy i czy para w końcu wyląduje w łóżku. Oni jednak nie chcą tego słuchać. Sytuacja nieco ulega zmianie, kiedy Elle dostaje zaproszenie na przyjęcie zaręczynowe swojej siostry, a Luce ma iść razem z nią w roli jej chłopaka. Wszystko wydaje się dobrze zaplanowane i niegroźne, jednak czy aby na pewno? Na ile mogą sobie pozwolić, by nie zatracić swojej przyjaźni? A może to już od dawna nie jest przyjaźń, ale zupełnie inne, głębsze uczucie? To jednak nie są ich największe zmartwienia. Dopiero w obliczu tragedii mogą bowiem przekonać się, czym tak naprawdę dla siebie są. Odkryją też, że są ważniejsze rzeczy niż złamane serce.

Luce’a i Elli mieliśmy okazję poznać już w poprzedniej części, jednak były to postaci poboczne, którym niewiele poświęcono uwagi. Tutaj wychodzą one na pierwszy plan i dzięki temu możemy je jeszcze lepiej poznać. Dziewczyna to bardzo radosna i wygadana bohaterka, której wszędzie jest pełno. Jej przyjaciel natomiast należy do typu sportowca i łamacza damskich serc. Ich przyjaźń ma solidne fundamenty i niełatwo ich między sobą poróżnić. Ponadto para wie, że zawsze może na siebie liczyć i wiele już w życiu przeżyli. To sprawia, że ich więź jest niesamowicie silna. Podczas czytania o nich miałam poważne wątpliwości, czy połączenie ich innym rodzajem uczucia wypali. Są ludzie, którzy uważają, że nie ma przyjaźni damsko – męskiej. Inni twierdzą, że mówią tak tylko ci, którzy jej nie doświadczyli. Ja należę do tej drugiej strony i sądzę, że nie zawsze między przyjaciółmi różnej płci musi zawiązać się romantyczne uczucie. I tutaj raczej bym się ku niemu nie skłaniała. Miałam więc nadzieję, że autorka wybrnie z tego i zmiana ich relacji przebiegnie naturalnie. Czy tak się jednak stało? Przyznam szczerze, że to przejście według mnie odbyło się trochę zbyt nagle. Nie było co prawda jakieś tragiczne, ale do fenomenalnych też nie należało. Co do ich dalszej relacji już nie mam zbytnio jakichkolwiek zarzutów. Nabrały realności i potoczyły się swoim tempem, co mi się podobało.

Jeśli miałabym porównać obie części cyklu, zdecydowanie „First last kiss” w takim zestawieniu wypada dużo lepiej. Pierwszy tom wydaje się przy nim banalny i nieco infantylny. Ten jest skierowany do bardziej dojrzałego odbiorcy. Nie jest już tak lekki i niezobowiązujący. Na jego kartkach rozgrywa się dramat bohatera, który bardzo rzutuje na jego życie. Pisarka bardzo dobrze oddała emocje, jakie kierowały Luciem. Co więcej czytelnik również się nimi wypełniał. Ponadto możemy obserwować także czystą, bezinteresowną formę pomocy i wsparcia, którymi obdarzyła go Elli. Każdy z nas chciałby mieć w swoim życiu kogoś takiego jak ona.

Powieść zdecydowanie pokazuje, że pisarka bardzo się rozwija, a historie które tworzy są nie tylko realne, ale i mają więcej głębi. Pierwszy tom również mi się podobał, był jednak lekką lekturą na wieczór, od której raczej wiele się nie wymagało. „First last kiss” natomiast to bomba emocjonalna, o której długo nie zapomnicie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
Sara

[138] ''Arlo Finch i Dolina Ognia" - John August




Książki dla młodszej młodzieży od jakiegoś czasu stały się dla mnie mniej atrakcyjne. Starzeję się i obecnie wolę czytać o bohaterach mniej więcej w moim wieku lub starszych. Jednak gdy dostałam propozycję przeczytania książki Johna Augusta pod tytułem „Arlo Finch i Dolina Ognia” nie mogłam się powstrzymać i natychmiast zgodziłam się ją zrecenzować. Duży wpływ na podjęcie takiej decyzji miała, nie ukrywam, przecudowna okładka. Jednak nie tylko ona skusiła mnie do tej powieści. Przede wszystkim chciałam dzięki niej cofnąć się do czasów swojego dzieciństwa, w którym właśnie tego typu historie królowały. Przyznam szczerze, że niewiele się po lekturze tej powieści spodziewałam. Nieco ją zlekceważyła, czego bardzo żałuję.


Arlo Finch to dwunastolatek, który właśnie przeprowadził się do PineMountain w Kolorado. Nie jest to jego pierwsza przeprowadzka w życiu, gdyż na swoim koncie ma już wiele takowych. Jego nowy dom wydaje się jednak zupełnie inny niż dotychczasowe, a jego otoczenie też sprawia wrażenie dość osobliwego. Najbardziej mroczny i tajemniczy wydaje się las niedaleko posiadłości. Ma w nim bowiem miejsce wiele dziwnych zdarzeń. Do tego Arlo dość szybko odkrywa, że ludzie tutaj dość często mówią o zjawiskach nadprzyrodzonych i zdają się być do nich przyzwyczajeni. Po pewnym czasie chłopiec zostaje zaproszony do wstąpienia w szeregi Strażników. Są to w pewnym sensie skauci, jednak ich zadanie jest dużo bardziej złożone. To jednak dopiero początek przygód Arlo. Magia, która najwyraźniej czai się w pobliżu, zaczyna stanowić dla niego zagrożenie. Chłopak wraz z przyjaciółmi musi stawić czoło niebezpieczeństwu.

Jak już wspomniałam, nie spodziewałam się po lekturze tej książki niczego specjalnego. Liczyłam na lekką fantastyczną opowieść z niezbyt skomplikowaną fabułą i być może z kilkoma znanymi mi schematami. Do stałam jednak powieść, która pochłonęła mnie już od pierwszej strony i zabrała w magiczną przygodę, podczas której znowu odkryłam w sobie dziecko. Książka nie ma ani trochę banalnej fabuły. Może nie ma w niej zbyt wiele intryg, ale jest bardzo złożona i tajemnicza. Składa się z zagadek, które wraz z bohaterami odkrywamy, jednocześnie zaplątując się w sieć kolejnych niewyjaśnionych zdarzeń. Dzięki temu czytelnik nie ma szans, by zacząć się nudzić. Ciągle bowiem się coś dzieje. Ponadto koncept powieści wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Niewiele znajdziemy tutaj szablonowych wątków. Autor postawił na oryginalność i stworzył coś, czego jeszcze nie było. W dzisiejszych czasach i przy tym gatunku jest to bardzo trudne zadanie, jednak autor mu podołał, za co należy mu się ogromne uznanie.

[137] ''Chilli'' - Pola Rewako




Obecny świat nastawiony jest na czerpanie korzyści ze wszystkiego. Materializm, konsumpcjonizm, egoizm i ignorancja – to nasza rzeczywistość. Ludzie coraz mniej czasu poświęcają sobie i swoim bliskim, uczestniczą w wyścigach szczurów, pragną wszystkiego dla siebie, nie dbając o nic. Dużo się o tym mówi, ale większość stara się to ignorować lub nie zdaje sobie z tego do końca sprawy, dopóki ktoś nie wytknie im tego palcem. Tym kimś może być na przykład Pola Rewako, za pomocą swojej książki próbująca uświadomić nam, co tak naprawdę jest w życiu ważne.


Mea to studentka pierwszego roku psychologii, która pewnego dnia postanawia założyć anarchistyczną Grupę Demolka. Dzięki niej młodzi ludzie zrzeszają się i wychodzą na ulice Gdańska, by tam głosić swoje ideały. Głośno mówią, co im się nie podoba w obecnym, konsumpcyjnym świecie nastawionym tylko i wyłącznie na materialny sukces. Podejmują walkę o to, by ludzie przestali gonić za pieniądzem, a zaczęli w końcu żyć pełnią życia, cieszyć się z drobnych rzeczy i wyznawać prawdziwe wartości. Przeprowadzają kilka kontrowersyjnych akcji, by wyrwać ludzi z letargu, jednak czy to ma jakikolwiek sens? Mea ma cel i wie, jak go osiągnąć, ale czy uda jej się wybudować nowy świat, gdzie ludzie nie będą mieli dolarów w oczach? A może to tylko marzenia młodej, naiwnej dziewczyny?

„Chilli” to książka niezwykle złożona, skomplikowana. Opowiada o ważnych sprawach, jednak robi to w niekonwencjonalny sposób. Prezentuje nam bowiem postać Mei, której nie da się opisać jednym słowem. Dziewczyna jest wulgarna, szczera do bólu i niedostosowana do rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć. Nie rozumie obecnego świata i tego, że ludzie zwracają największą uwagę na rzeczy materialne, a przyjaźń, miłość, zdrowie traktują jako dodatki.  Postanawia więc uświadomić całemu światu, że tak nie powinno być. Wraz ze swoją grupą organizuje akcje, podczas których nie prowadzi kazań czy pokojowych manifestacji. Ona wraz ze swoją bandą idzie przez miasto i niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Sieje zniszczenie i zamęt, jednak kierują nią szlachetne pobudki. Chce bowiem, żeby ludzie uświadomili sobie, że rzeczy materialne nie mają znaczenia. Liczy się to, czego nie widać: życzliwość, relacje międzyludzkie, rodzina, rozwój duchowy. Jednak czy robi to we właściwy sposób? Czy zniszczenie naprawi świat?

sobota, 24 sierpnia 2019

[136] "Trinkets" - Kirsten Smith




Niedawno na platformie Netflix pojawił się nowy serial o perypetiach trzech nastolatek – „Trinkets”. Z tej okazji postanowiłam przeczytać książkę o tym samym tytule, na podstawie której powstała wyżej wymieniona produkcja. Czy twórczość Kirsten Smith zachęciła mnie do śledzenia losu przyjaciółek na ekranie, czy też spowodowała spadek mojego zainteresowania tym tytułem?



Tabitha powinna być najszczęśliwszą nastolatką pod słońcem. Ma bowiem wszystko to, o czym dziewczyny w tym wieku marzą: popularność wśród rówieśników, mnóstwo przyjaciół, brak zmartwień o pieniądze, a nawet najprzystojniejszego chłopaka w szkole. Elodie natomiast to cicha dziewczyna, która stara się nie rzucać w oczy i pół swojego życia spędza w cieniu innych. Moe to łobuziara, ciągle szukająca konfliktu i zadająca się z szemranym towarzystwem. Co może łączyć te trzy całkowicie różne od siebie nastolatki? Wszystkie pragną dreszczyku emocji, jakie dają im drobne kradzieże. W ten oto sposób królowa szkoły, szara myszka i łobuziara poznają się i odkrywają między sobą więź, która ma szansę przerodzić się w prawdziwą przyjaźń.

Kirsten Smith na stronach swojej powieści powołała do życia trzy postacie, które na pierwszy rzut oka mogłyby wydawać się szablonowe czy płytkie, ale wcale takie nie są. Każda z nich ma niepowtarzalną osobowość i historię, która właśnie w taki sposób je ukształtowała. Tabitha na przykład stara się uchodzić za idealną dziewczynę z idealnym życiem. Tak naprawdę jednak pod maską skrywa wiele ran. Na swoim koncie ma więcej porażek niż sukcesów. Moe uchodzi za twardzielkę czy też buntowniczkę. Nie ma dla niej granic i jest w stanie złamać każdą zasadę. Tak właśnie wygląda jej maska, która wbrew pozorom skrywa wrażliwą dziewczynę podatną na wszelkiego rodzaju zranienia. Elodie to tak naprawdę ciekawa osoba, jednak przez to, że nie pozwala się poznać wydaje się nudna i nijaka. Robi wszystko, by nie rzucać się w oczy, jest spokojna, cicha i sprawia wrażenie grzecznej kujonki. Czy taka jest jednak w rzeczywistości?



Kreacja bohaterów jest więc bardzo dobra. Dziewczyny wydają się być zbudowane z krwi i kości, a ich problemy nie przytłaczają ilością czy powagą. Poza tym można je wszystkie polubić. Co prawda nie każdą darzę taką samą sympatią, na przykład Tabitha czasami zbyt bardzo gwiazdorzyła, czym mnie irytowała, ale ostatecznie chętnie bym je wszystkie poznała w realnym życiu.

Narracja w książce podzielona jest między wszystkie trzy dziewczyny. Dzięki temu lepiej możemy poznać postaci oraz ich otoczenia. Każda bowiem pochodzi z innej grupy społecznej i dzięki takiemu podziałowi możemy lepiej zrozumieć wpływ środowiska na zachowanie bohaterów i podejmowanie przez nich decyzji. Każda część prowadzona jest też w typowy dla wybranej nastolatki sposób, co także było bardzo ciekawym zabiegiem. Niestety miał on też pewny minus, bowiem narracja Elodie pisana była jakby wierszem, co niesamowicie mnie denerwowało. Świetnie ten sposób oddawał charakter dziewczyny, to trzeba przyznać, ale dla czytelnika, który nie przepada za poezją był drogą przez mękę.

„Trinkets” to lekka obyczajówka bez wielkiego romansu dominującego fabułę, opowiadająca o losie nastolatek dzielących nietypowe „hobby”. Książka świetnie nadaje się na wieczór relaksacyjny. Nie wymaga bowiem zbytniego zaangażowania, ale jednocześnie nie należy do banalnych czy nudnym. Serdecznie Wam ją polecam, a sama zabieram się za oglądanie serialu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

[135] "Wybrany" - Taran Matharu




Jeśli jesteście fanami fantastyki, to zapewne nazwisko Tarana Matharu jest Wam doskonale znane. Osobiście twórczość tego autora miałam okazję poznać stosunkowo niedawno. Świetną okazję ku temu stworzyła mi premiera jego najnowszej książki – „Wybrany”, rozpoczynającej nowy cykl tego autora zatytułowany „Zawodnik”. Czy autor zyskał kolejną wierną fankę, a może lektura wspomnianej powieści nie zachęciła mnie do dalszego poznawania jego twórczości?

Cade Carten nie miał pojęcia, że jeden lot samolotowy odmieni jego życie. Właśnie podczas niego zostaje bowiem przeniesiony do przedziwnej krainy pełnej reliktów przeszłości, pradawnych istot oraz dawno zapomnianych cywilizacji. Chłopak nie ma jednak czasu ani na poznawanie nowego miejsca ani na przystosowanie się do sytuacji. Niemal natychmiast zostaje bowiem zawodnikiem turnieju, gdzie stawką jest jego życie a współzawodnikami nastolatkowie podobni jemu. Wszystko kontrolowane jest przez dziwne istoty, których najwyraźniej brutalne potyczki bardzo się podobają. Cade nie ma wyboru, jeśli chce przeżyć, musi stanąć do walki. Czy jednak sobie poradzi?

Muszę przyznać, że opis książki wywołał u mnie pewne skojarzenia z „Więźniem labiryntu” czy też „Igrzyskami śmierci”. Sięgając więc po tę pozycję, nieco obawiałam się, że nie wniesie ona nic nowego do świata fantasy i będzie przysłowiowym odgrzanym kotletem. Postanowiłam jednak dać jej szansę i muszę przyznać, że nie żałuję nawet sekundy poświęconej tej pozycji. Okazała się ona bowiem bardzo ciekawą i oryginalną pozycją, która być może ma pewne powiązania z tymi wyżej wymienionymi, ale przede wszystkim jest czymś nowym i niesamowicie magicznym.

Bardzo dużym atutem powieści są jej bohaterowie. Ich kreacja nie pozostawia powodów do narzekania. Jest wręcz genialna. Postaci z powieści sprawiają wrażenie realnych osób, dzięki czemu z łatwością możemy się poczuć członkiem grupy, którą one tworzą. To bohaterowie z krwi i kości, z osobowością i przeszłością wpływającą na ich teraźniejsze decyzje. Mimo że są jedynie nastolatkami, przez sytuacje w jakiej się znaleźli, wydają się niesamowicie dojrzali. Na szczególną uwagę zasługują jednak relacje między nimi. Sojusze, kłótnie, tajemnice to chleb powszedni. Jeśli chcą przeżyć, muszą zjednoczyć siły. Jednak zaufanie sobie nawzajem może okazać się trudne. Wiele postaci przechodzi w związku z tym liczne przemiany. Najbardziej widoczne to jest u Cade’a, który z introwertyka przeistacza się w przywódcę grupy. Obserwowanie tego zjawiska jest bardzo absorbujące, gdyż autor umiejętnie przeprowadził duchową metamorfozę postaci. Nie dzieje się to od tak, wszystko ma swoje uzasadnienie, co niesamowicie mi się podobało, gdyż dodało powieści wiarygodności.

Kolejnym olbrzymim plusem powieści jest świat wykreowany przez pisarza. Muszę przyznać, że jest on niesamowicie oryginalny. Znajdują się w nim postacie i zwierzęta z przeróżnych okresów historycznych. Te drugie często należą do wymarłych gatunków, śmiertelnie niebezpiecznych dla człowieka. Ponadto w historii zostały wykorzystane zagwozdki historyczne, nie do końca wyjaśnione przez historyków. Pisarz podaje nam niekonwencjonalne rozwiązania niektórych z nich, co niesamowicie podsyca ciekawość czytelnika, nawet jeśli nie interesuje się on tą dziedziną nauki. Natomiast dla fanów historii będzie stanowić to dodatkowy smaczek.

Jak wyżej wspomniałam zarys fabuły może przywodzić na myśl inne książki, ale to złudne wrażenie. Taran Matharu stworzył własną historię zupełnie inną od pozostałych tego typu. Co prawda wielu zarzuca mu podobieństwo tego tomu do jego poprzedniej serii, ale z racji tego, że nie czytałam nic z wcześniejszej twórczości autora, nie jestem w stanie tego potwierdzić. Niemniej mam zamiar niedługo zapoznać się z „Summonerem”, więc z całą pewnością się o tym niedługo przekonam. Na chwilę obecną serdecznie polecam Wam „Wybranego” i mam nadzieję, że i Wy będziecie się przy nim świetnie bawić.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
SARA

piątek, 23 sierpnia 2019

[134] "Kryształowe serce" - Michał Bergel




Ostatnio w literaturze królują książki oparte na dobrze znanych nam baśniach. Przykładem takowych mogą być poszczególne tomy „Sagi księżycowej”, seria „Alyssa i czary” czy też chociażby „Dwór cierni i róż”. Tym jednak razem w moje ręce trafiła powieść nieco inna. Była nią mianowicie „Kryształowe serce” od Michała Bergela. W dużej mierze powieść ta oparta została na historii z „Alicji w Krainie Czarów”, co sugeruje nam nawet jej okładka. Różni się jednak od wyżej wymienionych tym, że skierowana została głównie do młodszych czytelników. Czy im bym ją poleciła?

Iris oraz jej siostra Oliwia niespodziewanie zostają połknięte przez czarodziejski kwiat. W rezultacie przenoszą się na inną planetę, gdzie w odróżnieniu od Ziemi istnieje jeszcze magia. To jednak nie koniec ich problemów. Okazuje się bowiem, że siostry zostały porwane przez złego czarodzieja, który pragnie wykorzystać je do swoich niecnych planów. Iris udaje się jednak uciec i z całych sił próbuje zorganizować pomoc dla Oliwii. To jednak okazuje się dużo trudniejsze niż mogło by się wydawać. Jedyną osobą, która mogłaby jej w tym pomóc jest czarowładca, który zaginął bez śladu dawno temu. Czy Iris uda się go odnaleźć? Czy zdoła uwolnić siostrę?

Już od dawna mam wrażenie, że wyrosłam z książek dla dzieci, czemu nie można się w sumie dziwić, patrząc na mój wiek. Jednak w głębi duszy nadal jestem dzieckiem uwielbiającym stare baśnie i fascynującym się magicznymi opowieściami. Ponadto uważam, że nawet seniorzy od czasu do czasu powinni sięgać po literaturę dla najmłodszych, bowiem bardzo często zawiera ona mnóstwo uniwersalnych wartości, które potrafią dorosłemu człowiekowi bardzo dać do myślenia. Właśnie między innymi dlatego zdecydowałam się na lekturę „Kryształowego serca”. Jakie są mogę wrażenia?

Niestety muszę z bólem serca przyznać, że przez większą część lektury strasznie się męczyłam. Pojawiały się w niej bowiem absurdalne rzeczy, które strasznie mnie irytowały. Przykładem może być to, że Oliwia jako jedna z najpiękniejszych dziewcząt w mieście cieszyła się olbrzymim gronem adoratorów. Nic w tym dziwnego, prawda? Ale już fakt, że ci wielbiciele przez cały czas schodzili się do jej domu takim tłumem, że ciężko było się w nim poruszać, remontowali posiadłość, wybranego dnia przynosili kwiaty, a innego czekoladki i za swoje starania dostawali plusy lub minusy do dzienniczka – to już wydaje się zupełnie nierealne i dziwne. Takie jednak rzeczy można by uznać za zwykłe przejaskrawienia, mające za zadanie nadać na przykład baśniowego charakteru całej opowieści. Niestety w książce pojawiły się też takie wydarzenia, które potrafiły mniej lub bardziej zachwiać logiką powieści.

Kolejną ogromną wadą książki jest jej główna bohaterka, która niemiłosiernie mnie irytowała. Iris to naprawdę denerwująca postać, która czasami zachowywała się jak malutkie dziecko. Rozumiem, że ma ona jedynie kilkanaście lat i nie może zachowywać się jak dorosła dziewczyna, ale czasami naprawdę przesadzała. Przede wszystkim rudowłosa jest strasznie upartą osobą. Z jednej strony to jej duża zaleta, gdyż dzięki temu cały czas brnęła do przodu i nie poddawała się. Z drugiej jednak czasami, gdy coś wpadło jej do głowy, a było niewarte realizacji – wpadała w złość i żaden racjonalny argument do niej nie trafiał. Ponadto bardzo często postępowała jak zwykłą egoistka, dla której nic się nie liczyło oprócz niej oraz jej celów. Mało tego potrafiła zarzucić innym, że myślą tylko o sobie i nie chcą jej pomóc. Nie brała przy tym pod uwagę, że zaburzyłoby to równowagę wszechświata.

Książka ma jednak bardzo duże plusy. Na przykład kreacja świata przedstawionego jest po prostu wspaniała. Jest on bowiem po pierwsze bardzo oryginalny, po drugie zachował w sobie ogrom baśniowości. Możemy poznać w nim wiele ciekawych istot, ich kulturę czy mentalność, zwiedzić magiczne i interesujące miejsca. Ponadto fabuła powieści też jest dość wciągająca. Początkowo owszem, dłużyła mi się, ale potem akcja nabrała tempa i prawie do samego końca nie zwolniła.

Książka ma wiele niedociągnięć i bardzo dużo może w niej irytować, jednak muszę przyznać, że na wiele z tych rzeczy jako dziecko pewnie nie zwróciłabym nawet uwagi. Dla najmłodszych czytelników liczy się bowiem przede wszystkim wartka akcja, ciekawy świat i magiczna przygoda, a to wszystko tutaj się znajduje. Podsumowując, mnie ta książka nie urzekła, ale dzieci mogą czerpać z niej wiele radości.  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

SARA

czwartek, 15 sierpnia 2019

[133] "Chłopiec jeden na milion" - Monica Wood




Ostatnio bardzo często sięgam po książki, które raczej zostały dedykowane młodzieży. Jednak nie rzucam się na powieści, gdzie pojawia się głównie imprezowe życie nastolatków albo akcje z korytarzy szkolnych, bo to mnie nie interesuje. Dawno wyrosłam z tego typu opowieści. Nie uważam, że są one głupie i niepotrzebne, ale zdecydowanie bardziej nadają się dla młodych, bo rzadko kiedy pojawia się w nich jakiś sensowny morał. Tym razem jednak czułam, że trafię na książkę magiczną i absolutnie wyjątkową.

Ona Vitkus ma 104 lata i zaprzyjaźnia się z młodym chłopcem, który pomaga jej wypełniać obowiązki domowe, takie jak dokarmianie ptaków czy sprzątanie szopy. Jedenastolatek jest inny niż wszyscy jego rówieśnicy, a jego największym zainteresowaniem są rekordy Guinnessa. Zna ich naprawdę sporo i swoją wiedzą może zaimponować nawet dorosłym. Ona wraz z chłopcem mają wspólną tajemnicę, coś nad czym wspólnie pracują. Pewnego dnia u Ony pojawia się ojciec chłopca i kobieta zaczyna myśleć, że jej nowy znajomy tak naprawdę nie był wyjątkowy i niczym nie różnił się od swoich nieodpowiedzialnych rówieśników.  Wkrótce jednak poznaje prawdę i jednocześnie zyskuje kolejnych pomocników. Czy uda im się wspólnie posklejać swoje serca?

Gdy zaczęłam czytać, pomyślałam sobie, że książka ta jest bardzo podobna do ,,Małego księcia" tylko zdecydowanie dłuższa. To nie jest tak, że autorka skopiowała znane dzieło, ale w pewnym sensie, zainspirowała się nim. Jej powieść opowiada całkiem inną historię, ale bije z niej mądrość i podczas czytania czuć niesamowity klimat. Pojawia się tam sporo mądrości i uniwersalnych praw, które być może dla osoby dorosłej są czymś normalnym i naturalnym, ale pamiętam, że kilka lat temu nie wszystko było białe albo czarne. To z pewnością duży plus tej książki, bo w sposób ciekawy, pokazuje nam ona to, jak bardzo skomplikowane są uczucia oraz emocje.

niedziela, 11 sierpnia 2019

[132] "Nim stałyśmy się wasze” – Lisa Wingate





Uwielbiam literaturę faktu, ale też chętnie sięgam po powieści oparte na faktach, bo są równie ciekawe i pokazują wiele interesujących wydarzeń, ale prawdopodobnie w bardziej atrakcyjnej oprawie. Podejmując się zrecenzowania książki ,,Nim stałyśmy się wasze”, nie miałam pojęcia, o czym dokładnie jest. Tylko pobieżnie przeczytałam opis i uznałam, że czemu nie, wydawał mi się dość oryginalny, a ja staram się unikać schematycznych do bólu powieści.

Avery jest kobietą sukcesu, pracuje jako prokurator federalny, a już wkrótce stanie na ślubnym kobiercu z przystojnym mężczyzną. Pewnego dnia podejmuje decyzję, aby przyjechać do domu rodzinnego i pomóc swojemu choremu ojcu w leczeniu oraz podczas spotkań z wyborcami. Wtedy też dowiaduje się, że być może przeszłość jej rodziny jest inna niż myśli. Jedno przypadkowe spotkanie sprawia, że zaczyna swoje własne śledztwo, które doprowadza ją do zaskakujących odkryć. Czy uda jej się poznać całą prawdę? Jak zareaguje na nią jej rodzina?

Trudno mi uwierzyć, że kiedyś żyła taka Georgia Tann, która miała serce porywać dzieci, nawet jeśli ich rodzice opiekowali się nimi dobrze. Jednak rzeczywistość jest inna i proceder sprzedaży dzieci miał się kiedyś bardzo dobrze, funkcjonował przez całe lata i nikt nie palił się, aby coś z tym zrobić. Ciężko mi pojąć takie okrucieństwo, ale jestem dorosła i już wiem, że ludzie potrafią być naprawdę wyrachowani i bezduszni.

czwartek, 8 sierpnia 2019

[131][PRZEDPREMIEROWO] "Jednak mnie kochaj" - Laura Kneidl





Czytając tę książkę poczułam, że wracam do lat młodości, do czasów, gdy dopiero zaczynałam zakochiwać się w czytaniu. Podczas pierwszej wizyty w bibliotece błądziłam między regałami, bo nie do końca wiedziałam, czego chcę. Wtedy moje doświadczenie czytelnicze było nijakie i właściwie to za sobą miałam tylko jedną przeczytaną lekturę - ,,Ten obcy”. Dlatego zapytałam bibliotekarki o książki, które są najchętniej wybierane przez młodych i poleciła mi kilka lekkich powieści przygodowych, z wątkami o pierwszych miłościach i tak dalej. ,,Jednak mnie kochaj” to jednak powieść trochę bardziej dojrzalsza, ale nadal dla młodzieży i to ani trochę jej nie dyskwalifikuje w moich oczach, bo zaciekawił mnie jej opis, ale też przyjemna dla oka okładka.

Sage zdecydowała się na studiowane daleko od domu, chociaż wiedziała, że nie ma pieniędzy, przyjaciół ani rodziny, która będzie mogła pomóc jej stanąć na nogi. Początki są ciężkie, ponieważ dziewczyna musi spać w swoim samochodzie, bardzo oszczędzać i szukać pracy, którą pogodzi ze studiami. W końcu uśmiecha się do niej szczęście, bo poznaje April, z którą zaprzyjaźnia się. Problemem jest tylko jej przystojny brat, którego Sage stara się unikać. Jej przeszłość sprawiła, że dziewczyna boi się kontaktów z mężczyznami i w każdym  widzi potencjalne zagrożenie. Luca jednak tylko na pierwszy rzut oka jest kobieciarzem, bo tak naprawdę skrywa w sobie wielką wrażliwość. Czy Sage uda się wyleczyć z traumy? Czy otworzy się na nowe doświadczenia?

Myślę, że gdybym była trochę młodsza, to książka ta stałaby się dla mnie czymś wielkim, cudownym i przywołującym tysiące emocji. Teraz odebrałam ją bardziej na chłodno, nie ekscytowała mnie, ponieważ zawarte w niej tematy są dla mnie czymś naturalnym, to rzeczy, o których słyszałam i o których mam wyrobioną opinię. Mimo wszystko mogę powiedzieć jedno… ,,Jednak mnie kochaj” jest książką wartościową i z pewnością bije na głowę większość ,,dorosłych”, które obecnie pojawiają się na rynku za sprawą przeróżnych wydawnictw. Porusza ona dość trudne tematy, delikatnie zahacza o rożne drażliwe tematy i nie jest ani trochę wulgarna, co po prostu mnie zachwyciło. Myślę, że inni autorzy mogliby sporo się z niej nauczyć i zobaczyć, że powieści delikatne, ukierunkowane  na przekazanie pozytywnych emocji, są super! Seks, przyjemność, alkohol, imprezy i inne oklepane wątki nie są już fajne. Z pięknych rzeczy robimy coś obrzydliwego i nudnego, a z brzydkie rzeczy przedstawiamy jako dobre i sprawiamy,  że są pożądane.

środa, 7 sierpnia 2019

[130][PRZEDPREMIEROWO] "Zranione uczucia" - K.A. Figaro





Książka ta jest drugą częścią ,,Prostego układu”, który miałam okazję poznać jakiś czas temu. Muszę szczerze przyznać, że autorka nie porwała mnie swoją twórczością i nie do końca byłam zadowolona z lektury. Jednak poczułam chęć, aby dać jej kolejną szansę, bo okazało się, że losy bohaterów naprawdę mnie zaciekawiły, chociaż sama fabuła nie do końca była w moim stylu. Czy tym razem było lepiej? O tym niżej.

Łucję i Dymitra jakiś czas temu łączył gorący romans i układ, który zapewniał im związek bez zobowiązań. Jednak uczucia wszystko przekreśliły, a ich relacja zaczęła komplikować się coraz bardziej, zasady zostały złamane, co wywołało zgrzyty. W życiu dziewczyny pojawia się również inny mężczyzna, który zaczyna wprowadzać zamieszanie i jeszcze bardziej komplikować sytuację. Los jednak nie zamierza oszczędzać młodej kobiety i zsyła jej jeszcze więcej problemów, które mogą całkowicie zmienić jej relację z Dymitrem. Czy jednak uda im się porozumieć? A może oboje będą uparci i nie zgodzą się na żaden kompromis?

Na wstępie muszę przyznać, że książka ta znacznie bardziej przypadła mi do gustu niż ,,Prosty układ”. Owszem, nie jest to ideał, ale to romans, a one już mnie nie zaskakują i dzielę je na trzy kategorie – obleśne, koszmarne i przyjemne. Ta powieść z pewnością należy do ostatniej kategorii. Niczym mnie nie zaskakiwała, ale też było mało momentów, które doprowadzały mnie do szału, rozpaczy i bezsilności.

piątek, 2 sierpnia 2019

[129] ''Zbyt blisko" - Natalie Daniels





Nigdy nie miałam do czynienia z Natalie Daniels, ale miałam okazję słyszeć o jej powieściach i byłam zaintrygowana. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że tworzy ona książki o tematyce, którą uwielbiam całym sercem i po którą najbardziej lubię sięgać. Niewielu autorów podejmuje się pisania czegoś z pazurem, niejednoznacznego i mocno skomplikowanego, a raczej ostatnio chyba stawiają na bezpieczne gatunki i tematykę, która jest uniwersalna. Jednak ja szukam coś całkiem innego i miałam nadzieję, że znajdę to ,,coś” w powieści, o której dziś się rozpiszę.

Przyjaźń Ness i Connie narodziła się w parku, gdzie wspólnie bawiły się ich dzieci. Ustaliły, że są sąsiadkami, co sprawiło, iż zaczęły widywać się znacznie częściej. Bardzo szybko pojawiła się między nimi przyjaźń, zaczęły się sobie zwierzać, ale w pewnym momencie ich relacja zaczęła zmierzać w złym kierunku. Gdy Connie ląduje w szpitalu psychiatrycznym, nie pamięta większości wydarzeń z bliskiej przeszłości, rozpoczyna pracę z psychiatrą, która pomaga jej dotrzeć do okrutnej prawdy.

Szczerzę muszę się przyznać, że trochę minęło zanim dotarłam do końca tej książki i zastanawiam się właśnie, dlaczego tak długo ją czytałam. Winę zwalam chyba na okropna pogodę, upały i bóle głowy z nimi związane. Jednak ostatnie dwa dni były owocne i sprawiły, że w końcu udało mi się skończyć ,,Zbyt blisko” i mogę napisać dla Was kilka słów.