Strony

piątek, 16 czerwca 2017

Książki mojego dzieciństwa




Na kilku grupach facebookowych spotkałam się ostatnio z pytaniami, co ich członkowie polecają do czytania dzieciom. To zainspirowało mnie do tego, by podzielić się z Wami tym, jak wyglądało moje wczesne czytelnicze dzieciństwo.

Mimo że moja przygoda z czytaniem zaczęła nabierać tempa dopiero po przeczytaniu Harry’ego Pottera w wieku około dziesięciu lat, to już jako mały szkrab chętnie sięgałam po książki, bajki lub zbiorki legend. A raczej sięgała po nie moja mama, która tak naprawdę zakorzeniła we mnie pasję czytania. Ja raczej pozostawałam wówczas biernym słuchaczem. Uwielbiałam, kiedy mama wieczorami prowadziła mnie przez świat czarownic, księżniczek i magicznych stworzeń. Pewnie jak każde dziecko w moim wieku wyobrażałam sobie wtedy, że jestem bohaterką niektórych z nich, a kolejne dni spędzałam na zabawie w świecie z tych opowieści, odwzorowanym przez moją wybujałą wyobraźnię.

Nie pamiętam dokładnie, co mama czytała mi, kiedy skończyły się bajki i baśnie. Jednak jedna seria zapadła mi głęboko w pamięć. Z przyjemnością wspominam chwile, kiedy leżałam z mamą i słuchałam, jak czyta mi książki o Ani Shirley. Uwielbiałyśmy tę postać. Dzięki niej nieraz wybuchałyśmy śmiechem, spędzając cudowne godziny całkowicie pochłonięte lekturą. Kończąc jedną książkę, już następnego dnia szłyśmy po kolejną i jaka to była tragedia, gdy akurat nie było jej na stanie!


 
Przyznam jednak szczerze, że tak miłe wspomnienia mam jedynie z pierwszymi trzema książkami z serii. Później, kiedy Ania coraz bardziej doroślała, jej historia stawała się coraz nudniejsza. Być może była to już zbyt wysoka półka dla kilkulatka. Niemniej i moja mama nie miała już przyjemności z czytania i gdy dobrnęłyśmy do „Ani z Szumiących Topoli”, która składa się z niezbyt ciekawych listów pisanych przez bohaterkę, ostatecznie zrezygnowałyśmy z opowieści o rudowłosej dziewczynie.
Kolejną książką, która do tej pary tkwi w mojej pamięci jest powieść „Bracia Lwie Serce”. Długo prosiłam mamę o te pozycję i kiedy dostałam ją z okazji imienin czy urodzin, w tej chwili już nie pamiętam, skakałam z radości. Tę lekturę przeczytałam już samodzielnie, były to już bowiem czasy, kiedy moja rodzicielka nie miała wolnej chwili, by mi czytać. Ja natomiast potrafiłam to robić już od dawna i chętnie wykorzystywałam tę umiejętność. Wracając jednak do książki, historia rodzeństwa urzekła mnie do tego stopnia, że po jej zakończeniu długo nie mogłam dojść do siebie. Wtedy chyba po raz pierwszy doświadczyłam „kaca książkowego”. Szczególnie lubię tę powieść dlatego, że mimo iż skierowana jest do dzieci, porusza poważne tematy, takie jak poświęcenie czy też śmierć. Pokazuje też potęgę braterskiej miłości, silniejszą od zła świata. Robi to jednak w bardzo przystępny i ciekawy dla młodych odbiorców sposób.

Nie pamiętam dokładnie, w której klasie byłam, kiedy sięgnęłam po „Psa, który jeździł koleją”. Z reguły nie czytałam, i nadal tego nie robię, kilka razy tej samej książki, jednak tą pochłonęłam parokrotnie. Zakochałam się w niej i ta miłość trwa po dziś dzień, gdyż mimo że krótka historia pisana była z myślą o dzieciach, jest to obecnie moja druga ulubiona książka. Bardzo lubię poruszające lektury, a ta nie tylko mnie poruszyła, ale wywróciła mój świat do góry nogami! Bardzo ciężko przyjęłam jej zakończenie, co nikogo nie powinno dziwić, bowiem miałam wtedy kilka lat. Dodatkowo uczucia towarzyszące owej powieści nie osłabły, kiedy czytałam ją trzeci czy czwarty raz. Nadal pozostawały niezmienne, za co wyjątkowo ubóstwiam tę pozycję.

Żadna późniejsza książka nie wzbudzała we mnie takiego entuzjazmu, by zapaść mi w pamięci, aż do wspomnianego wcześniej „Harry’ego Pottera”. Pierwszą część przeczytałam w ramach szkolnego konkursu, który notabene ku mojej ogromnej rozpaczy wcale się później nie odbył. Po skończeniu lektury wiedziałam już, że przeczytam tę serię w całości, choćby nie wiem co. Wcześniej bowiem dłuższe niż trzy tomy cykle nie wzbudzały we mnie tak dużego zainteresowania, by je skończyć. Z „Harry’m” było inaczej. Pokochałam wykreowany przez Rowling świat, jego bohaterów oraz styl pisania autorki. Nie wierzyłam, by ta seria w którymś momencie mogłaby mi się znudzić i miałam rację. Dobrnęłam do jej końca, w między czasie wściekając się na kuzynów za spoilery.

Książki o młodym czarodzieju były silnym bodźcem, który pchnął mnie jeszcze mocniej w świat książek. Byłam stałym bywalcem biblioteki, mogącym godzinami przeglądać pozycję i nie potrafiącym zdecydować się, co wybrać. Pochłaniałam wtedy takie ilości książek, że nawet nie pamiętam tytułów tych, które najbardziej mi się podobały. A może moja amnestia w tym względzie była winą tego, że nie zainteresowały mnie aż tak bardzo? W pewnym jednak momencie trafiłam na serię Animorphs. I po raz kolejny przepadłam.

  
Historia przyjaciół, którzy podczas jednego ze swoich spotkań, stali się świadkami niesamowitego wydarzenia, pochłonęła mnie bez reszty. Pozwolę sobie tu w kilku słowach przybliżyć, o czym jest ta seria, gdyż pewnie niewielu z Was o niej słyszało. Wspomnianym wcześniej wydarzeniem była awaria ufa i spotkanie umierającego kosmity. Ten przekazał grupce przyjaciół dwie rzeczy. Po pierwsze Ziemia jest zagrożona atakiem Yeerków.

“Jest tu wielu obcych. (…) Przybyli, by was zniszczyć. (…) Yeerki pasożytują na innych istotach. Muszą mieć nosicieli. Gdy opanują ciało innej osoby, stają się kontrolerami. Wkradają się do cudzego mózgu i opanowują go, łącznie z uczuciami i przekonaniami.”

Po drugie przyjaciele wynieśli z tego spotkania jeden, specyficzny dar – stali się animorfami. Od tamtej pory byli zdolni zamieniać się w dowolne zwierzę, którego DNA wcześniej przejęli. W tym celu musieli jedynie go dotknąć i wyobrazić sobie, że chcą się nim stać.

Historia wydawana w formie krótkich książeczek jest naprawdę niesamowita. Niestety w Polsce zostało wydane jedynie 13 jej tomów, kiedy w rzeczywistości w Stanach Zjednoczonych ukazało się ich aż 54! Nie spotkała się bowiem z zainteresowaniem czytelników, co zapewne spowodowane było jej słabą dostępnością i lichym wydaniem.

Tak właśnie wyglądało moje czytelnicze dzieciństwo. Oczywiście to niejedyne cudowne książki, które dałabym do przeczytania swoim dzieciom, ale nie chcę Was zanudzać zbyt długim postem o mnie. Jednak, jeżeli tego typu rzeczy Wam się podobają, chętnie napiszę drugą część o powieściach dla dzieci. Dlatego koniecznie dajcie znać w komentarzach, co sądzicie na temat takiego „nierecenzenckiego” postu i czy chcielibyście ich więcej. Zachęcam też do dzielenia się swoimi propozycjami oraz opowieściami o tym, co Wy czytaliście w dzieciństwie!

Zdjęcia okładek z serii Animorphs: źródło, źródło, źródło.

10 komentarzy:

  1. Ja tam za dzieciaka niestety nie lubiłam czytać :( ominęło mnie wiele fajnych historii przez to, a teraz chcąc nie chcąc i tak inaczej się takie książki dla dzieci odbiera... Cieszę się jednak , że przekonałam się do czytania :) I choć to nie to samo to wracam do tych starszych książek, które kiedyś mnie ominęły.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam okres, gdzie w ogóle nie czytalam i teraz tego żałuje :(

      Usuń
  2. Moje dzieciństwo to seria książek o Martynce :D. Miałam chyba wszystkie wydane w tamtym czasie części i znałam je na pamięć :D.

    litery-na-papierze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdecydowanie miła odmiana w postaci "nierecenzenckiego" postu :)
    Zauważyłam mały błędzik - drugi akapit, powinno być bohaterkĄ, a nie bohaterkOM :D
    Uwielbiam Anię i HP :D Mnie Ania ciekawiła do samego końca, ale to może dlatego, że czytałam już w drugiej/trzeciej klasie, więc byłam trochę starsza niż ty wtedy :)
    Bracia lwie serce i Pies <3 Płakałam przy obydwu!
    A tej ostatniej niestety nie znam :)

    Pozdrawiam!
    zaczytana-w-fantastyce.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dziekuję! Poprawię jak tylko będę na komputerze :)
      Właśnie strasznie mało ludzi słyszało o tej serii, a szkoda, może gdyby wiecej osob ją czytało to więcej tomów zostałoby przetłumaczone :/
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Cześć! Mamy zadziwiająco podobne wspomnienia z dzieciństwa :) "Anię" również poznawałam z moją mamą, przymierzamy się zresztą do powtórki, ciekawe, jak wypadnie po latach. Z książek Lindgren najbardziej odpowiadała mi "Ronja, córka zbójnika", ale generalnie do dziś uwielbiam wszystko co napisała. I teraz najważniejsze - przypomniałaś mi o Animorfach! Jak ja się tymi książkami zaczytywałam! A potem zupełnie zapomniałam na wiele lat... ciekawe, czy jeszcze gdzieś są w domu rodzinnym, może je odkopię i sobie przypomnę :) Dzięki! Pozdrawiam - i obserwuję! Ewelina z "Gry w Bibliotece"

    OdpowiedzUsuń